05.09.2017

Jak Aviva pomogła poszkodowanym w nawałnicach - relacja

W piątek 1 września przedstawiciele Avivy, Tomasz Syta i Magda Sajko, wyjechali z Warszawy samochodem pełnym darów dla poszkodowanych w sierpniowych nawałnicach w woj. kujawsko-pomorskim. Zabrali sprzęt dla Ochotniczej Straży Pożarnej w Małej Kloni, symboliczny czek na 48 000 zł, a także 14 kartonów darów rzeczowych dla poszkodowanych w gminie Sośno.

Połowę z 48 000 zł wpłacili w koleżeńskiej zbiórce pracownicy i agenci Avivy, a firma podwoiła tę kwotę, a także kupiła sprzęt dla straży. Dary rzeczowe zebrali pracownicy - zarówno z centrali w Warszawie, jak i sieci sprzedaży w całej Polsce.

Ale to tylko "suche" podsumowanie. Pełniejszy obraz daje relacja z podróży, napisana przez Tomka Sytę.

 

Czwartek 31 sierpnia, 17:30

Jesteśmy gotowi!!! Ludzie związani z Avivą, agenci, pracownicy i nasza firma nie zawiodła. Mamy spakowanego po brzegi busa ze sprzętem strażackim, „marzeniami zapisanymi na kawałku planszy 30x100cm” oraz masą rzeczy pierwszej potrzeby dla poszkodowanych w nawałnicach. Jesteśmy gotowi na jutrzejszą podróż do OSP w Małej Kloni i Gminnego Domu Kultury w Sośnie, leżących w centrum najsilniejszych huraganów.

Pozostało tylko zadzwonić do szefa OSP Nowa Klonia, Pana Pawła, aby ustalić pryncypia: co, gdzie i o której. Ale… jak się spodziewałem (znam polską gościnność), zaczęło się. Sypnęły się pytania po drugiej stronie słuchawki, sugerujące, że Klonia musi wiedzieć, czy potrzeba miejsc i poczęstunku na 10 czy 20 osób i że od nich też będzie ludzi „siła”. „Panie Pawle” – mówię – „Wy tam macie Armagedon, a do tego trwają żniwa i macie co robić. Jedziemy w dwie osoby, zrobimy, co mamy zrobić i wracamy. Nie będziemy Wam czasu zabierać”. Usłyszałem z nutą zawodu w głosie „ok., ok.” i się pożegnaliśmy.

Piątek 1 września, 7:00

Umówiony z Magdą pod Carrefourem na Bemowie wskakuję do naszego spakowanego dostawczaka i zamyślony, jak to będzie na miejscu, ruszam w drogę. Ujechałem 1 metr i... bum, kolizja!... z zaparkowanym obok samochodem…, bez kierowcy w środku…, bo żona jeszcze spała. Szybko sobie zracjonalizowałem, że musiała źle zaparkować, i pomknąłem dalej po Magdę.

Magda była już na miejscu pod marketem. Czekając pod głównym wejściem, przed zamkniętymi drzwiami, otoczona pustym parkingiem, wyglądała trochę jak z PRL-u, jakby mieli coś rzucić ekstra na półki w sklepie.

Jesteśmy już razem w „blaszance” i ruszamy. W drodze zastanawiamy się, jak to będzie, że to dość trudna wizyta również dla nas, niedoświadczonych takimi tragediami jak utrata domu czy znaczącej części majątku. Jak się zachować, jak reagować na tragedię osób, które doświadczyły takich strat? Z drugiej strony było w nas wiele pozytywnych emocji i podekscytowania, że możemy choć kawałkiem uczestniczyć w czymś niesamowitym, czego dokonało setki z Nas. Mimo wszystko byliśmy w pozytywnych nastrojach. Do czasu. Do czasu, kiedy nie wjechaliśmy w obszar dotknięty nawałnicami.

Nie trzeba być dendrologiem, aby wiedzieć, że sosna daje słabe drewno, a dąb bardzo mocne. Gdy wjeżdżaliśmy do gminy Gostycyn, przy głównych drogach kilometrami witały nas ponuro kikuty dębów i innych potężnych drzew, których nie objęłoby w pniu trzech Gortatów. Były poukręcane i połamane jak zapałki. Później było tylko gorzej. Zniszczone budynki bez dachów, domy przykryte folią i brezentem, uwijające się służby porządkowe. Z daleka, za polami było widać sosnowe lasy, a raczej to, co z nich zostało. Wyrwy w lesie na kilkaset metrów, tysiące powalonych drzew, które z bliska wyglądały jak plątanina poskręcanych wiórów w skali makro.

W naszej blaszance długo było słychać tylko słabo spasowane części karoserii. Magda wyłączyła radio. Z blaszanej ciszy wyrwał nas miły głos pani z nawigacji „skręć w prawo”, a na wyświetlaczu pojawiło się 1500 m do celu. Długa prosta i wyboista gruntówka i wjeżdżamy do Kloni Małej.

Przez głowę przemknęły mi słowa dowódcy OSP Kloni „Panie Tomku, za 20 tysięcy to mógłbym odbudować swoją jednostkę OSP (stracili większość sprzętu) i takie jest moje marzenie, ale czy ja mógłbym poprosić Pana, aby ten sprzęt podzielić na inne jednostki z okolicznych OSP? Wszyscy tu działaliśmy razem i każdy potracił dużo sprzętu i wyposażenia”.

Wjeżdżamy do pustej wioski. Nikogo na polach, nikogo na ulicach. Rozpadało się mocno. Podjeżdżamy do zamkniętej jednostki OSP. Nikogo nie widać. Wyłączam silnik blaszanki. Ledwo jak zamilkł jej motor, widzę w dali lusterka trzech maszerujących gości w mundurach strażackich. Wyskakujemy z Magdą z samochodu, aby się przywitać. Chwila uprzejmości i Strażacy zapraszają nas do świetlicy szkolnej na kawę. Wchodzimy do środka, przy dużym stole kilkanaście osób. Witamy się i następnie siadamy. Głos zabiera Paweł Dowódca, który dziękuje, za przybycie i pomoc (nie wie jeszcze o niespodziance „marzenia zapisane na kawałku planszy 30x100cm”). Przedstawia reprezentacje okolicznych OSP (w tym bardzo silną kobiecą!!), reprezentację Koła Gospodyń Wiejskich, dziennikarkę tucholskiej gazety i gospodynię kierowniczkę świetlicy. Po chwili dołącza wójt gminy. Na stół „wjeżdżają” apetycznie pachnące ciasta od KGW i aromatyczna kawa.

Początkowy dystans szybko się skraca i zaraz wszyscy rozmawiamy. Dowiadujemy się, że niemal każda z tych osób coś straciła. Jeden z strażaków część zabudowań, drugi miał uszkodzony dom, dwóm kolejnym wiatr złamał 40 000 m2 lasu i zabrał plony zboża (odstawił je później 1,5 km dalej). Mimo takich strat widzę ludzi uśmiechniętych, patrzących pozytywnie w jutro.

Nie wiadomo kiedy minęła ponad godzina, chciałoby się zostać dłużej, ale czeka nas jeszcze wizyta w Sośnicy i powrót do Warszawy. Idziemy rozładować blaszankę. Strażacki sprzęt w kartonach ląduje w OSP. Chłopaki nie wytrzymują i rozpakowują część pudeł ze sprzętem. Cieszą się jak mali chłopcy, co spod choinki wyciągają prezenty z klockami lego (no dobra, smartfony). Ustawiają jego część przed swoimi wozem bojowym i zapraszają do zdjęcia. Proszę, aby dwie sekundy zaczekali. Z blaszanki wyciągam „marzenia zapisane na kawałku planszy 30x100cm” i wręczam Panu Pawłowi.

Cisza… niedowierzanie, a później wybuch radości i znowu niedowierzenie J. Kilkakrotne liczenie zer i upewnianie się. Fajnie było patrzeć na te uśmiechy i słuchać tej ekscytacji. Później było grupowe zdjęcie i zwiedzanie wozu strażackiego.

Trzeba się żegnać i jechać dalej. Podziękowań i uścisków dłoni nie ma końca. Panie KGW oferują jeszcze kawałek ciasta na drogę. Magdzie nie udaje się odmówić. Dostaje dwie duże brytfanki pysznych wypieków. Rzucamy „do widzenia i powodzenia” i ruszamy w drogę do Sośna.